LXIV. Honestly, I’d like to eat pancakes.

Gdy Raven zasnęła, Zielony ulotnił się cichutko ze skrzydła szpitalnego prosto w stronę kuchni. Podgrzał sobie obiad w mikrofalówce i zniknął w czeluściach swojej sypialni.

Dochodziła osiemnasta, a w wieży oprócz naszej pary nie było żywej duszy. Nawet Jedwabek gdzieś wsiąkł, co jest co najmniej dziwne. Robin z Gwiazdką wymknęli się na wieczorny spacer, chyba zabrali Silkie’go ze sobą, natomiast Cyborg od godziny przesiadywał w parku razem ze swoją dziewczyną. Wszyscy stwierdzili, że skoro Bestia jest u Rae, to jest ona pod opieką i mogą wyjść. Nie no spoko, w sumie demonka i tak sobie zasnęła.

BB natomiast wziął się za spełnianie obietnicy, którą złożył swojej dziewczynie. Chwycił swojego laptopa i zaczął szukać w wyszukiwarce dobrych lekarzy w okolicy. Przejrzał około dziesięciu forów, jakąś stronkę o medycynie, dodatkowo stronę „dla mam”, ale to nadal jeszcze nie było to. Wybiła dwudziesta, gdy trafił w końcu na to, czego szukał. Ginekolog z 25 letnim doświadczeniem, wykwalifikowany profesor medycyny, nienaganne opinie od pacjentek, gabinet 50 kilometrów od Jump City, a co chyba najważniejsze – kobieta! Rozgorączkowany Beast Boy już chwycił komunikator, by zadzwonić do Raven, ale stwierdził, że nie chce jej budzić. Wybrał więc od razu numer lekarki i zadzwonił.

Po opowiedzeniu pani doktor całej historii, wypytaniu jej o tysiąc rzeczy, skutki uboczne, zdrowie i samopoczucie które czeka Raven po zabiegu, warunki w gabinecie, kolor zasłonek w gabinecie, czas trwania zabiegu i wiele innych, umówił swoją dziewczynę na wizytę. Pani Hunterson zapisała Raven na „za tydzień”, na godzinę 11:00, z tym, że pacjentka będzie musiała zostać w klinice na przynajmniej dwudniowej obserwacji. Bestia stwierdził, że na pewno będzie mógł zostać tam z nią, więc nie przejął się tym zbytnio. Zapisał datę i godzinę zabiegu w komunikatorze, by przekazać jutro te informacje samej Rachel. Teraz, o 21:30 nie ma co już jej budzić, tylko samemu kłaść się do łóżka.

Tymczasem reszta wiary poschodziła się wreszcie do domu, więc zaczął panować w wieży gwar. Tu ktoś układał buty w szafie, tu ktoś mył naczynia, tutaj zwierzątko przyszło się pożywić i spotkało się z krzykiem ze strony pańci, bo kanapa to chyba nie jest jednak najlepszy gatunek karmy dla larw, no ogólnie szum niemiłosierny. W końcu na podłogę z hukiem upadł jakiś talerz i stłukł się na tysiąc kawałków, co zbudziło i Bestię, i śpiącą już dość długo Raven w skrzydle szpitalnym. Zanim Bestia zdążył wkroczyć do kuchni i ochrzanić przyjaciół, w progu spotkał się ze swoją ukochaną, która samodzielnie odpięła się od kroplówki, sprzątnęła po sobie pomieszczenie, w którym przebywała i zamknęła je na klucz. Cmoknęła szybko swojego chłopaka w policzek i rzuciła kluczyki prosto w ręce lidera Tytanów, ku jego ogromnemu zaskoczeniu.

- Słuchajcie, nie róbcie ze mnie sieroty, nie będę tam leżeć w nieskończoność. Czuję się już wystarczająco dobrze, by samej oddychać, jeść i funkcjonować.

Robina trochę przytkało, Cybek starał się nie wtrącać w całą tę sytuację, a Gwiazdeczka podleciała do przyjaciółki i złapała ją za dłoń.

- Jesteś pewna, przyjaciółko? My tylko chcemy twojego dobra, naprawdę!

- Wiem, Gwiazdeczko, ale tak, jestem pewna. Już wszystko jest OK.

- Skoro tak sądzisz – wydusił wreszcie Grayson – No nic, witamy z powrotem!

Cyborg uśmiechnął się, widząc szczęście w oczach swojego najlepszego kumpla, który objął właśnie swoją dziewczynę w talii.

- To jak, na co masz ochotę? – zapytał półrobot, otwierając zamaszyście lodówkę – Ja dzisiaj robię kolację!

- Szczerze mówiąc, zjadłabym naleśniki – Azarathka uśmiechnęła się w stronę Bestii.

Gdy wszyscy oprócz Cybusia usiedli już do stołu, komunikator Rae zawibrował. Widząc jej zdziwioną minę, BB puścił jej oczko.

LXIII. And I swear, there isn’t any fake-meat.

Kilka słów wstępu. Jeszcze raz Was przepraszam za przerwę w pisaniu, nie martwcie się – wpisy znów będą pojawiać się co około 2 dni. Dziękuję za wytrwałość i że mnie nie opuściliście. No i miłej lektury życzę ;)

________________________________

Bestia ulotnił się ze skrzydła za prośbą Raven zaraz po zakończeniu ich krótkiej, aczkolwiek poważnej rozmowy. No, postanowione. Teraz pozostaje znaleźć odpowiedniego specjalistę i mieć nadzieję na pozytywny skutek. Tak generalnie do jego zielonej głowy nie docierało jeszcze to, że może zostać ojcem. Jeden krok może to cofnąć, ale czy on tego chce? Czy ona tego chce? To ciężka sytuacja. Nie, nie. Siedemnaście lat to nie jest odpowiedni wiek na ojcostwo, co to, to nie.
Nie wspomnę już o Rachel – ona miała jeszcze większy mętlik w głowie. Niby ma w sobie nowe życie, ale jakoś tego nie czuje. Może to jeszcze zbyt wcześnie? Może do niej też to jeszcze nie doszło? Niby zgodziła się na usunięcie, ale sama jeszcze nie jest pewna swojej decyzji. Zobaczymy, jak to dalej się jeszcze rozwinie.

Tymczasem pozostała część drużyny nawet nie zdawała sobie sprawy z problemów naszej pary. Beztrosko imprezowali na mieście, spotykali się ze znajomymi i cieszyli się życiem. Swoim, nie cudzym. Związki Tytanów kwitły. Robin nareszcie dowiedział się o Jinx i Cyborgu, chodzą jakieś pogłoski, że różowowłosa ma się wprowadzić do wieży… Słowem – cud, miód i orzeszki. Tylko u BBRae ciągle jest coś nie tak. Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Że Gwiazdka cały czas ostatnio gadała o dzieciach. Planowała, czy co? Ciężko mi powiedzieć. Domyślam się tylko, że pewnie Robin nie jest zbyt zachwycony wizją rodzicielstwa w najbliższej przyszłości. Co jak co, superbohaterowie nie mogą sobie na to pozwalać.

Co za paradoks.

Wracając do aktualnych wydarzeń: Było sobotnie popołudnie. Cyborg majsterkował coś w swoim komputerze, Gwiazdka coś gotowała, Robin przeglądał internet, a BB siedział sobie w swojej sypialni i drzemał. Raven natomiast pochłonęła się w lekturze, nadal przebywając w wieżowym szpitalu. Nie życzyła sobie „odwiedzin”. Sądziła, że siedzi tutaj bez sensu, ale nikt nie pozwalał jej stamtąd wyjść, dopóki nie unormuje się jej ciśnienie, puls i nie zniknie wszelki podejrzany ból. Zabroniła więc tytanom wchodzić jej do pomieszczenia bez jej wiedzy i wyraźnego pozwolenia. Beast Boy był trochę zdenerwowany jej decyzją, ale poddał się, bo wiedział, że byłaby to walka z wiatrakami. Gdy ona się uprze, to koniec, kropka i basta, o.

Z kuchni już pachniało, więc prędzej czy później zapach musiał dotrzeć również do pokoju Bestii. Spał w postaci psa, więc tym szybciej wywąchał obiad. Obudził się, przeciągnął zmieniając się w kota i wygramolił się spod koca. Spojrzał w lustro już jako człowiek i przetarł oczy. O rany, trochę się zmieniłem. Istotnie, w jego wyglądzie nastąpiło kilka zmian, ale przeglądając się codziennie rano jakoś tego nie zauważał. Twarz nabrała bardziej dorosłych rysów, ciało wyrzeźbiło się (oczywiście nie samo z siebie), prezentując teraz całkiem ładną, umięśnioną sylwetkę, wysokość wzrosła o kilka… naście? centymetrów… Jeszcze rok temu Zielony był najniższym członkiem drużyny. Teraz jest na równi z Robinem, a najmniejsza jest Rae. Śmiesznie się złożyło. Obiad, tak, obiad. Nadal rozespany chłopak ruszył w stronę jadalni. Przy stole czekali już wszyscy Tytani, oprócz jego dziewczyny oczywiście. Widząc smakowicie pachnącego kurczaka (i osobno kotlety warzywne z czerwonej fasolki, równie pyszne), od razu pomyślał o niej, więc zapytał, czy ona już jadła. Gdy spotkał się z zaprzeczeniem ze strony Tytanów, chwycił pierwszy talerz z szafki, nałożył pokaźną porcję mięsa, ziemniaki oraz surówkę i wyszedł z pomieszczenia, by zanieść danie ukochanej. Stanął przed drzwiami jej tymczasowego pokoju i zapukał.

- Kto tam? – dało się usłyszeć.

- To ja, kochanie – odpowiedział natychmiast nastolatek – przyniosłem Ci obiad. I przyrzekam, że nie ma tutaj żadnego fake-meat.

- Wejdź – rzuciła, klecąc pod nosem zaklęcie odkluczające zamek w drzwiach.

Garfield usiadł przy jej nogach, kładąc talerz na przenośnym stoliku łóżkowym. Demonka podziękowała chłopakowi i zabrała się do jedzenia. On w tym czasie zdążył wysłać smsa pozostałej części drużyny, żeby odłożyli mu jego porcję, zje ją później.

- Jak się czujesz? – zapytał, gdy Azarathka połknęła ostatni kęs mięsa.

- Dużo lepiej. Szukałeś już?

- Szukałem, czytałem dużo opinii, ale to jeszcze nie to. Daj mi trochę czasu, obiecuję, obiecałem, że znajdę odpowiedniego lekarza.

- Wierzę Ci.

Tymi słowami Raven zakończyła rozmowę, odłożyła talerz i stoliczek i przyciągnęła Bestię bliżej siebie. Brakowało jej jego bliskości. Siedemnastolatek czule objął ją ramieniem i począł gładzić palcami jej suche od choroby włosy. To znaczy… nie choroby, tylko złego samopoczucia, które kumulowało się jeszcze ze wczesnym stadium ciąży. BB nie zwrócił na to jakoś uwagi i cieszył się chwilą samotności z ukochaną.

- Jeszcze wszystko się ułoży, zobaczysz.

Kąciki ust Raven uniosły się delikatnie, gdy mocniej wtuliła się w pierś swojego chłopaka. Może to i dobrze, że zdążył wyrobić rzeźbę i urosnąć… Jakoś teraz wygodniej się go przytula.

LXII. Really? I thought you will shout at me.

Raven obudziła się w śnieżnobiałej pościeli ze zdrętwiałą ręką. Rozejrzała się dookoła… No tak, skrzydło szpitalne w wieży. Ciekawe co tym razem się wydarzyło. Gdy demonka usiłowała podnieść się, dopiero zauważyła co było powodem dyskomfortu w lewej ręce. Poprawiła delikatnie wenflon i spojrzała z pogardą na wiszącą tuż nad nią kroplówkę. No to pięknie, zaczęło się latanie po szpitalach. Komunikator wskazywał godzinę czwartą nad ranem, więc Rachel postanowiła nie wołać do siebie nikogo z drużyny. Nie pamiętała absolutnie nic sprzed ostatniej doby. Zapamiętała tylko to, że rozmawiała z Bestią, a on powiedział coś, czego ona chyba nie chciała usłyszeć. Masując skronie, Rachel próbowała pozbyć się okrutnego bólu głowy, jednak średnio jej to pomagało, a nie zauważyła żadnych proszków przeciwbólowych w zasięgu kroplówki. O zaśnięciu nawet nie ma mowy. Pozostała medytacja, tylko ten cholerny wenflon przeszkadza…

Tymczasem w swoim pokoju Bestia również cierpiał na bezsenność. Przerastały go ostatnie wydarzenia, wieść o ciąży Raven, teraz utrata przez nią przytomności, to zbyt dużo jak na jego zieloną głowę. Sam nie wie, czy dobrze zrobił proponując swojej dziewczynie aborcję (cholera, jak to źle brzmi). Sądził, że ona również nie jest z faktu zadowolona, patrząc na jej wcześniejsze zachowanie. Robin stwierdził, że Raven zemdlała z bólu niewiadomego pochodzenia, a warto wspomnieć o tym, że o dziecku wie tylko BB. Nieźle się porobiło.

***

Powoli świtało. Robin, od razu po przebudzeniu, zerwał się i pobiegł do skrzydła szpitalnego. Odetchnął z ulgą, gdy zastał tam już przytomną Rae, zajętą medytacją.

- Cześć, Raven – przywitał się – Jak się czujesz?

- Nie gorzej, niż zwykle – rzuciła.

- Stało się coś? Chcesz o czymś pogadać? – lider martwił się o współlokatorkę.

- Jeśli już musisz wiedzieć… – zawahała się – Okropnie boli mnie głowa. Możesz podać mi jakieś proszki.

- Robi się.

Grayson wyszedł z sali, by za chwilę wrócić z ketonalem w dłoni. Podał przyjaciółce tabletki i wodę w kryształowej szklance. Rachel połknęła je szybko i wróciła do przerwanej czynności. Po chwili jednak zaczęła ją rozpraszać bliska obecność Robina.

- Mogę ci w czymś… pomóc? – zapytała.

- Raven, coś jest nie tak, widzę to. – powiedział zaniepokojonym głosem.

- Dramatyzujesz. – ucięła.

- Wcale nie, przecież wiesz, że wiem o tobie nieco więcej niż reszta…

- Nie musisz tego powtarzać za każdym razem, gdy rozmawiamy nieco poważniej niż zwykle – zgasiła go.

- Jak chcesz. Pamiętaj tylko, jak coś, to jestem do dyspozycji.

- Mhm.

No, nareszcie wyszedł. Na razie niech nikt nie wie, jeszcze nie wiadomo, co się wydarzy, jest zbyt wcześnie. Może Bestia ma rację… Może powinnam… Musimy porozmawiać.
Azarathka chwyciła komunikator i poprosiła w smsie chłopaka, by do niej przyszedł od razu, gdy się zbudzi.

Beast Boy nie przespał nawet minuty, więc odczytał wiadomość od razu. Ubrał się jakoś na odwal i ruszył w stronę skrzydła, po drodze wpadając na Gwiazdkę.

- Przyjacielu, trapi cię coś? Wyglądasz na zmartwionego czymś okropnym. – zapytała z typową dla siebie troską w głosie.

- Jest okej, Star, wszystko w porządku – odpowiedział niechętnie.

- Jesteś pewien? – kosmitka chciała się upewnić.

- Tak, tak – zrezygnowany Beastie przytaknął – Wszystko jest tak, jak zwykle…

Gwiazdeczka uśmiechnęła się i odleciała w stronę kuchni, więc BB kontynuował wędrówkę do „szpitala”. Szedł coraz mniej pewnie, wahał się, bał się kolejnej konfrontacji z ukochaną, mimo, że kochał ją najbardziej na świecie. Wstrzymał oddech, gdy otwierał szklane drzwi.

- Witaj, Raven – powiedział drżącym głosem. – Prosiłaś, bym przyszedł.

- Owszem, prosiłam – przytaknęła demonka. – Po raz kolejny musimy porozmawiać, nawet nie wiem, jak się tutaj znalazłam, więc wróćmy do tego, o czym mówiliśmy. Twoje zdanie nadal jest takie samo?

Bestia przełknął ślinę.

- Sam już nie wiem, źle to rozegrałem, wiem… To również… Głównie… To nasze… o rany!

- Nie, nie – przerwała mu nastolatka – Chyba masz rację, to zbyt wcześnie. Mamy jeszcze wystarczająco dużo czasu na to, teraz najlepszym wyjściem będzie twój pomysł.

- Naprawdę? Myślałem, że będziesz na mnie krzyczeć – chłopak otarł czoło rękawem – Ale jesteś pewna?

- To dopiero pierwsze tygodnie, to jeszcze nie dziecko, tego jestem pewna.

- Znajdę najlepszego lekarza, obiecuję.

Raven uśmiechnęła się. Może on rzeczywiście chce też mojego dobra.

Ostatnia Notka Specjalna #10 – Special One Shot – Life is a Fairytale.

Kochani czytelnicy!

To już ostatnia, dziesiąta Notka Specjalna. Ten moment jest dla mnie… Przełomowy. Pięciocyfrowa liczba na liczniku odwiedzin to jest naprawdę coś. Dziękuję Wam za to, że mnie czytacie! Gdyby nie Wy, skończyłabym to fanfiction już dawno temu. 10 000… Nie do wiary!

Postanowiłam przypieczętować to wydarzenie one shotem. Mam nadzieję, że Wam się spodoba.
Wybaczcie, że wstawiam go dopiero teraz, gdy na liczniku jest już ponad 10 300 wizyt.

Dziękuję Wam!

Wasza Kiniaa33

_______________________________

Mam dla Was wiadomość. Sądziliście, że dziwnym uczuciem jest obudzenie się w innym miejscu, niż zasnęliście? Otóż nie. Naprawdę dziwnym uczuciem jest obudzenie się w innym wymiarze. Tak właśnie. Otworzyłam oczy, mruknęłam coś pod nosem, niechcący szturchnęłam łokciem śpiącego jeszcze Bestię, i dopiero zrozumiałam, że oboje leżymy na trawie. Cholera, ale to nie była zwykła trawa – ta trawa była bladoróżowa. Pierwsza myśl: Może Gwiazdka znowu bawiła się moją księgą z zaklęciami? Ale hej, niby dlaczego w takim razie spałam na gołej ziemi… A może ja nie spałam? Sama już nie wiem.

- Bestio, obudź się – potrząsnęłam nim. Byłam coraz bardziej poddenerwowana tą dziwaczną sytuacją. Zielony jeszcze z zamkniętymi oczami przeciągnął się leniwie, dopiero po jakimś czasie łaskawie otwarł swe ślepia. Muszę przyznać, że minę miał komiczną, zapewne podobną do mojej zaraz po przebudzeniu. Stłumiłam delikatny uśmiech i spojrzałam na swojego chłopaka.

- Co tu jest grane…? – zapytał zaspanym głosem.

- Sama chciałabym wiedzieć.

Spojrzał na mnie jak na durnia. No cóż, powiedziałam prawdę. Nie miałam pojęcia gdzie jestem, co tu robię ani skąd się tu wzięłam. Odruchowo wyciągnęłam komunikator. Tak jak myślałam – o zasięgu mogłam sobie najwyżej pomarzyć. Zauważyłam tylko jednego nowego smsa i natychmiast go otworzyłam; był od Robina. Jego treść? Jak pewnie się domyślacie, nic konkretnego: „Przepraszam Was”. Nic więcej. Głupi.
Z drugiej strony, może to jakaś wskazówka? Wiadomość była jakby ucięta – Rob zawsze używa znaków interpunkcyjnych. Może wysłał to przez przypadek i ciąg dalszy miał zostać dosłany, ale dopadł go bezzasięg? Nie miałam pojęcia. Bestia również sprawdził swój sprzęt, ale do niego nie przyszło nic. Postanowiliśmy wspólnie poszukać jakiejś informacji, znaku, wskazówki, czegokolwiek co mogłoby nam podpowiedzieć gdzie jesteśmy.
Wszystko wygląda nadzwyczajnie. Nie wydaje mi się, żeby był to ziemski wymiar.

Wstałam i otrzepałam się z kurzu, a Bestia wziął ze mnie przykład. Obejrzeliśmy się dookoła, ale nie zauważyliśmy niczego znajomego. Wszędzie tylko bezkresne pole, pudroworóżowa łąka, kolorowe kwiatki, o, nawet przebiegła jakaś… Sarna? Coś na jej wzór w każdym razie, bo zwyczajna na pewno nie była. Tutaj wszystko było jakieś… Inne. BB zrobił się małomówny, co zdarza mu się również nieczęsto. Niepokoiła mnie ta cała sytuacja.

Nareszcie coś! Usłyszałam powiadomienie z komunikatora. Tym razem moje przypuszczenia także okazały się trafne – przyszła kontynuacja pierwszej wiadomości od Robina. Niestety zasięg jak łatwo przyszedł, tak łatwo uciekł. Czym prędzej otworzyłam więcej przybyłego smsa. A brzmiał on tak:

„, Gwiazdka wcale nie chciała umieścić Was w tej baśni, jest jej bardzo przykro… Mamy nadzieję, że sobie poradzicie. Czekamy na Wasz powrót, powodzenia!”

No to klops.

Ale hej, przynajmniej dobrze zgadłam, że to Gwiazdka coś zmajstrowała. Tylko teraz nasuwały się pytania: jaka do cholery baśń? W czym sobie poradzimy? Chyba rzeczywiście długo spałam… Lub byłam nieprzytomna.

Podzieliłam się newsami z chłopakiem. Pierwszy raz sobie cokolwiek przypomniał!

- Cybek coś mi opowiadał o księdze magicznych baśni… Z tego co kojarzę, to osoby, które dostały się do niej, żeby z niej wyjść muszą przeżyć jej fabułę… Czy coś takiego.

Kurczę, coraz lepiej. Po pierwsze, nikt mnie o istnieniu takiej księgi nie poinformował, a tym bardziej o tym, że mamy takową w domu. Po drugie – świetnie! Wylądowaliśmy w jakiejś drętwej bajeczce, a do tego musimy odwalić jakąś historyjkę do niej. Fenomenalnie.
Dobrze byłoby dowiedzieć się, gdzie w ogóle jesteśmy. Znam dużo baśni i bajek, ale nie kojarzę takich szczegółów, jak… Różowe roślinki. O rany, w niezłe bagno wdepnęliśmy.

Beast Boy usiadł ponownie na przesadnie uroczej ziemi i zaczął grzebać w komunikatorze. Szukał lokalizacji? Niee! To nie w jego stylu. Ten głupol wygooglował sobie najpopularniejsze baśnie. Znowu zachciało mi się śmiać. Kucnęłam obok niego i oparłam głowę na jego barku. Kopciuszek? Niee, nie zaczynałoby się od łąki. Piękna i Bestia? Zbyt oczywiste. Roszpunka? Na pewno nie.
Więc gdzie my jesteśmy?
Zamknęłam na chwilę oczy i pomasowałam się po skroniach. Wpadliśmy jak śliwka w kompot. Chwila… Co jest?…

***

O RANY! Znowu zasnęłam? Cholera jasna, niech ten dzień się już skończy. Gdzie jest Bestia? Gdzie ja jestem? Przecież przed chwilą byłam na łące, a teraz nagle obudziłam się w jakimś pokoju? Jeny, ile tu błyskotek. Prawie wszystko złote. Ktoś puka. Może to Bestia? Wstałam i poszłam otworzyć. Dlaczego mam na sobie jakąś wstrętną, pstrą sukieneczkę? I chyba zmalałam…

- Witaj córeczko, wszystkiego najlepszego z okazji piętnastych urodzin – do pokoju weszła jakaś kobieta i
przytuliła mnie – zbierz się i zejdź do jadalni, czekamy razem ze służbą i ojcem.

Chwila, chwila. Jaką znowu służbą i ojcem? Ktoś tu chyba stroi sobie ze mnie żarty… I nadal nie wiem, gdzie jest mój chłopak. Przeczesałam włosy (z resztą jakoś przydługie jak na mnie), ubrałam leżące obok łóżka buciki i poszłam na poszukiwania owej jadalni. Po drodze zgubiłam się ze trzy razy, zdążyłam zauważyć, że utknęłam w jakimś pałacu, czy coś w tym guście… Aż w końcu znalazłam szukane pomieszczenie. W środku, przy ogromnym stole siedziało już pełno ludzi, widocznie na mnie czekali. Przy samym wejściu lokaj przywitał mnie słowami „Jak się spało, wasza wysokość?”, co zdziwiło mnie jeszcze bardziej. Usiadłam na wskazanym przez znajomą mi już kobietę miejscu przy stole i słuchałam jej opowieści.

Babeczka opowiadała, że nie wie jak to możliwe, że to już piętnaście lat od kiedy jestem na świecie, że tak szybko dorastam, za chwilę stanę się kobietą, nawet wspomniała coś o jakichś wróżkach, a ja siedziałam z kamienną twarzą, by tylko nie wybuchnąć śmiechem. Nie miałam pojęcia kim są ci ludzie. Gdy moja (tak podejrzewam) matka skończyła historię mojego dotychczasowego życia, od stołu wstał mężczyzna i wręczył mi diamentowy diadem. Służba założyła mi go na głowę i zaczęła się uczta.

***

Gdy przyjęcie się zakończyło dochodziła już godzina 15. Moi rodzice, którzy okazali się parą królewską, musieli pilnie opuścić zamczysko w celu odbycia jakiegoś spotkania. Jakoś mnie w sumie mało to interesowało.
Jak się później dowiedziałam, w pałacu oprócz służby została ze mną moja opiekunka. Coś tu było nie halo – piętnastolatka i opiekunka? Przewrażliwiona rodzinka.
Opiekunka przedstawiła mi się, ale oczywiście zapomniałam jej imienia, gdyż zdawało mi się ono nieistotne. Powiedziała mi potem tylko, że musi zrobić coś ważnego w jednej z komnat, żebym była grzeczna, bla bla bla… a ona zaraz wróci. Przytaknęłam dla świętego spokoju i usiadłam przed lustrem.

Wyglądałam dziwnie.
Mówiłam już, że włosy mi… urosły. Nie przypuszczałam jednak, że także ich kolor się zmienił. Nie mam pojęcia jak to możliwe, że do tej pory jeszcze tego nie zauważyłam, ale byłam teraz szatynką! I to nie wszystko! Moja czakra miała kształt korony i zmieniła kolor na żółtawy, co wyglądało żałośnie i śmiesznie; moje ciało również wyglądało inaczej, bo byłam wyraźnie chudsza. Brakowało też moich piersi. Również moja karnacja stała się nieco ciemniejsza. Co tu się najlepszego wydarzyło…

Zaczęło mi się nudzić. Siedziałam tak przy toaletce i machałam chudymi nóżkami, gniotąc idealnie wyprasowaną, królewską suknię. W okolicy żadnej, absolutnie żadnej książki, rozumiecie to?! Jak tak można żyć w ogóle…
Postanowiłam wybrać się na przechadzkę po swoim ówczesnym domu. Zwiedziłam kuchnię, salę konferencyjną, sypialnię rodziców (nigdy nie widziałam tyle złota na raz), siłownię (nie wiedziałam, że w pałacach są siłownie), pokój gościnny, wszystkie sześć łazienek, pokój rozrywkowy (wiecie, zabawki, gry planszowe, jakieś dziwne pierdoły których przeznaczenia nie umiem rozszyfrować i inne podejrzane rzeczy) i salon. Zostało mi jedno pomieszczenie – strych. Sprawdziłam co robi moja opiekunka – zasnęła jak suseł, więc mogłam sobie spokojnie zwiedzać dalej. Weszłam po skrzypiących schodach i popchnęłam ciężkie, drewniane drzwi, a moim oczom ukazał się stary, najwidoczniej opuszczony warsztat tkacki. Na rozpadającym się stole rozłożony był jakiś skomplikowany sprzęt, a że lubię uczyć się nowych rzeczy, postanowiłam spróbować go ogarnąć. Już zaczynało mi coś wychodzić, gdy musiałam poprawić jedną z nici i zacięłam się na jednym z części maszyny. Z palca poleciało mi trochę krwi, ale starłam ją swoją wspaniałą sukieneczką i nie przejmowałam się tym zbytnio.

Po chwili znudziło mi się tkanie, bo nie dawało szybkich efektów, a praca była monotonna i nudna. Zeszłam z powrotem do swojej komnaty, dokładnie zamykając za sobą drzwi na strych. Nadzorująca mnie dziewczyna nadal spała, a co dziwne, mi też zachciało się spać… Ułożyłam się wygodnie na swoim królewskim łóżku i zasnęłam jak zabita.

_________________________________________

Co to był za facio? Kurtka, dalej nie wiem gdzie jestem, a wszyscy wokół pytają mnie czy odnalazłem nareszcie swoją wybrankę. Gdzie jest Raven?! Ona wiedziałaby co robić! Ten gracior – komunikator – jak zwykle nie działa wtedy, kiedy go potrzebujemy. Ludzie, co to znowu za laski… Idą chyba w moją stronę. W ogóle dlaczego mam na sobie jakieś dzikie pantalony i koronę? A te lale to dopiero są odwalone, jak stróż w Boże Ciało. Ten koleś co do mnie gadał też wyglądał jakoś dziwacznie. Tu wszystko jest dziwaczne!!

- Wasza wysokość, przyszły wieści z miasta – odezwała się jedna z panienek – przeczytać, czy przekazać dalej?

- Daj mi to kobieto – wyrwałem jej z ręki zwój z wiadomością i zabrałem się za czytanie.

Kurczaki, to chyba był jakiś odpowiednik naszych gazet… Że też komuś chce się to wszystko pisać.

No nieźle! Pójdę tam. Może przy okazji znajdę Raven. A no, i słyszałem jak te paniusie gadały między sobą, że za podołanie temu wyzwaniu gwarantowana jest jakaś nagroda, hehe…
Nie było czasu do stracenia.

Od razu zmieniłem się w sokoła i wyleciałem z mojego miejsca pobytu (jakiś zamek czy coś), kierując się w stronę tego opuszczonego pałacu królewskiego. No. Był trochę… obrośnięty. Przez te sto lat zdążyło tu wyrosnąć dużo roślinek. Ale co to dla mnie, phi. Zmieniłem się w jaszczurkę i wspiąłem się po najwyższym drzewie, dostając się do jedynego uchylonego okna. Wgramoliłem się do środka i zmieniłem z powrotem w ludzia. Chyba wbiłem na korytarz, bo było tu pełno drzwi. Otworzyłem kilka i wszędzie widywałem tylko śpiących ludzi… Brr, trochę to straszne.

W końcu jednak dotarłem do komnaty, gdzie wszystko wyglądało w miarę normalnie. Wszedłem do środka i zauważyłem, że ktoś śpi normalnie, na łóżku, w pościeli, jak normalny człowiek! Pochyliłem się nad łóżkiem i odgarnąłem kołdrę. PRZECIEŻ TO RAVEN!
Weźcie mnie trzymajcie, bo nie uwierzę. Moje słoneczko najdroższe, tutaj cię mam!

Rae wyglądała jakoś inaczej, ale i tak ją poznałem, wiedziałem, że to na pewno ona. Pogłaskałem ją po brązowych włosach i dałem buziaka. Nareszcie się obudziła.

_______________________________________

- BESTIO! – ucieszyłam się na widok swojego chłopaka. Przytuliłam go najmocniej jak potrafiłam. Razem słyszeliśmy jak wszystko wokół nas budzi się do życia, dosłownie. Przypomnieliśmy sobie, że to przecież baśń, w której znaleźliśmy się za sprawą Gwiazdeczki.
I nagle w pokoju pojawiła się jakaś wróżka czy inne dziwadło, i za machnięciem jej różdżki pojawiliśmy się z powrotem w naszej ukochanej wieży.

Już za chwilę dał się słyszeć okrzyk powitalny Starfire. Wyściskała nas i przeprosiła za problem.

Jednak my oboje nie gniewaliśmy się na przyjaciółkę. Po prostu cieszyliśmy się sobą.

Przynajmniej będziemy mieli co wspominać.